piątek, 17 kwietnia 2020

Najlepsze płyty wszech czasów dla każdego.

O tym Dlaczego cała płyta góruje nad singlem? pisałam już kiedyś więc dzisiaj od teorii do praktyki. W sytuacji w jakiej jesteśmy, koronawirus, kwarantanna, siedzenie w domu, zapewne trudniej byłoby nam bez mediów i tworów artystycznych różnego rodzaju. Bez filmów, seriali, Pinteresta z pięknymi zdjęciami, blogów i muzyki właśnie. Więc jeśli szukacie nowych brzmień, wokalistów, zespołów,  przychodzę z zestawieniem moich ulubionych płyt, które ostatnimi czasy u mnie królują. Może w ten sposób poznacie kogoś na nowo. Nie patrząc przez pryzmat tego jednego singla z radia. Jest tu kilkanaście pozycji z praktycznie całego wachlarza muzycznego, więc każdy może znaleźć coś dla siebie.

- Daria Zawiałow


O Darii Zawiałow pisałam już w tym poście, ale nie zaszkodzi wspomnieć jak fantastyczna jest to wokalistka, artystka. Obie płyty, zarówno A kysz! jak i Helsinki biorę w całości. Praktycznie każdy z utworów na tych dwóch krążkach uwielbiam. Są to różnego typu utwory, utrzymane w klimacie rockowym i indie popowym.

- Michael Malarkey


 Michaela Malarkey'a możecie kojarzyć z Pamiętników Wampirów gdzie wcielił się w rolę Enzo. Gdy odkryłam, że jest on również wokalistą, przepadłam. Niski, ciepły głos, który w lirycznych, nieco niepokojących piosenkach brzmi fantastycznie. Michael wydał 3 płyty. Z czego najbardziej znane utwory pochodzą z Mongrels. Ja osobiście zakochana jestem w Graveracer, czyli najnowszej płycie.

- Michael Jackson


Myślę, że nikomu nie trzeba przedstawiać Michaela Jacksona, ale warto wspomnieć o dwóch płytach, które prawdopodobnie nie są zbyt znane. Mowa tu o Off The Wall z 1979 roku, pełnej tanecznych utworów disco. A także Xscape, która ukazała się już po śmierci Michaela. Polecam jednak  bardziej wersję oryginalną, bo jest zdecydowanie lepsza. 

- Nirvana

Klasyka klasyk, czyli Nirvana i Nevermind. Wiadomo, rockowe brzmienia. Ale oprócz Smells like teen spirit zespół ten zdążył stworzyć wiele innych wspaniałych utworów. Jeśli ktoś nie zna, serdecznie polecam.

- James Bay


Jeden z moich ulubionych brytyjskich wokalistów. Pokazuje się w swoich utworach z wielu stron. Podczas gdy płyty zachowują spójność. Każda stanowi swoistą odrębną opowieść. Każdy znajdzie coś dla siebie, bo jest w czym wybierać. 

- Krzysztof Zalewski


Krzysztof Zalewski jakiego znam rozpoczyna się od płyty Zelig właśnie. I jak na razie zostaje ona moją ulubioną, choć była znacznie trudniejsza do przyswojenia niż Złoto, które też jest pełne fantastycznych utworów. Jednak Zelig i ta odrobina psychodeliczności, niepokoju trudniej wpada ucho, ale jak już wpadnie to zostaje tam na długo.

- Foo Fighters


Foo Fighters stanowi jedno z moich odkryć zeszłego roku. Swoją drogą dzięki Nieodnalezionej Remigiusza Mroza. Tak czy inaczej nie wiem jakim cudem ten zespół pozostawał mi wcześniej nie znany. Moja znajomość ich dyskografii ma jeszcze wiele luk, ale większość moich ulubionych piosenek pochodzi właśnie z płyty Concrete and Gold, gdzie oprócz znanych utworów znajduje się też moja ulubiona The Line.

- Coma


Kolejna klasyka klasyk, czyli Coma. Na przestrzeni lat powstało wiele płyt, jednak ja szczególnie polecam Pierwsze wyjście z mroku, pełne piosenek które mają niepowtarzalny klimat. W moim przypadku jest to soundtrack do gorszych chwil, ale tak czy inaczej polecam.

- Kortez


Kortez już od jakiegoś czasu tworzy cuda. I jest to kolejny artysta, którego biorę w całości. Każdą płytę, utwór. W ciemno. Zarówno Bumerang, Mój dom, jak i wszystkie EP'ki i bonusy które przy okazji powstały to po prostu kawał dobrej muzyki. Dobrego tekstu. I oprawy instrumentalnej. Nie jest to kilka linijek powtarzanych w kółko do wygenerowanej komputerowo prostej muzyki. Po koncercie w styczniu, już nie mogę się doczekać na trzecią płytę.

- Lady Gaga


Nawet ku mojemu zdziwieniu znalazła się w tym zestawieniu płyta Lady Gagi. W innym stylu niż wcześniejsze. Dla mnie najlepsza jej płyta. Widać, bardziej naturalną wokalistkę, która czaruje pięknym głosem. Utwory zarówno do potańczenia jak i piosenki liryczne.

- Kwiat Jabłoni

Kasia i Jacek Sienkiewicz, którzy tworzą duet Kwiat Jabłoni, są jak opatrunek. Piękne, poetyckie teksty, delikatne, cudowne melodie. Coś na pograniczu folku i popu. Nie spodobało mi się to od razu, ale po drugim podejściu zakochałam się. Cała płyta Niemożliwe jest zdecydowanie do polecenia. Czekam na więcej.

- Guns'n'roses


Guns'n'roses towarzyszy mi od lat, a mimo to ciągle poznaję kolejne ich utwory, tyle ich się nazbierało przez te wszystkie lata. Szczególnie bliskie memu sercu są jednak płyty Appetite for Destruction oraz Use Your Illusion II. Olbrzymi wkład w muzykę, wspaniałe utwory. Cudowna oprawa instrumentalna i głos Axla, który zdaje się robić z nim wszystko co możliwe.

- Miuosh

Jeszcze pół roku temu zarzekałam się, że nic co chociaż leżało obok rapu i hip-hopu mi się nie spodoba. Wszystko zmieniło się wraz z piosenką Wizje, którą wykonywał Miuosh wraz z Piotrem Roguckim. Przepadłam. Po raz kolejny. Ale to co znalazłam po wgłębieniu się twórczość Miuosha przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Może dlatego, że jest to tak inne niż inne utwory rapowe. Głębsze, prawdziwsze, poetyckie. Na płycie POP szczególnie polecam Perseidy a także Tramwaje i Gwiazdy z Kasią Nosowską.

Słowem końca, sporo tego wyszło, ale wierzę, że ktoś może dzięki temu sam przepaść wśród czyjejś twórczości, tak jak i ja to zrobiłam na przestrzeni ostatnich miesięcy i lat. I nadal się zakochuję w kolejnych utworach, płytach, artystach.

Heavy trip - recenzja filmu. Heavy metal w filmie.

Podczas poszukiwań dobrego filmu w bezkresach Internetu natrafiłam na fińską produkcję. Znam fińskie zespoły rockowe, które tworzą świetną muzykę, więc film z metalowymi kawałkami brzmiał całkiem dobrze. Sam opis fabuły wydał mi się tak irracjonalny, że nie mogłam sobie odpuścić.


Całą historię widzimy oczami wokalisty zespołu, który od kilkunastu lat gra w piwnicy jednego z muzyków, a nigdy jeszcze nie miał okazji wystąpić przed publicznością. Wokalista ma na imię Turo, pracuje w szpitalu psychiatrycznym i jak się okazuje paniczny strach przed śpiewaniem na dużej scenie. Z mikrofonem w ręce wydaje się być niezwyciężony i silny, ale na co dzień długowłosy chłopak musi się mierzyć z wyzwiskami, szyderstwami i śmiechami mieszkańców swojego miasteczka, które wygląda jakby postęp i technologia nie bardzo tam docierała.  
Perkusista Jynkky, jest tym z chłopaków, który wierzy, że mogą osiągnąć sukces. Nie przyjmuje do wiadomości, że coś może być niemożliwe i... to robi, wbrew wszystkiemu. Realizuje wszystkie nawet najgłupsze pomysły. Do tego ma problem z fotoradarem, który zrobił mu już niezłą sesję zdjęciową i z jedzeniem, które czasem staje mu w gardle :)


Xytrax, to basista i geniusz muzyczny, zapamiętujący każdą melodię jaką w życiu słyszał. Introwertyk, spokojny, ale z bijącym od niego czymś niepokojącym.
Lotvonen to główny gitarzysta chłopaków, przebiera palcami po gryfie że prawie lecą iskry. Momentami narwany,  niecierpliwy i nerwowy, ale też pracowity. Pomaga swojemu ojcu w rzeźni reniferów. Tak, brzmi strasznie, ale weźmy pod uwagę miejsce. Finlandia - tam jest sporo reniferów.
Pojawia się również Oula, pacjent szpitala psychiatrycznego. Każdy gwałtowny ruch w jego otoczeniu skutkuje atakiem z jego strony. Uspokaja go ciężka muzyka. Okazał się również niezłym perkusistą. 

Naszym muzykom trafia się okazja na występ. Odwiedza ich organizator festiwalu w Norwegii. Postanawiają jechać. Zanim wyruszą jednak w drogę, dają jeden nieudany koncert w swoim miasteczku, kradną furgonetkę lokalnemu celebrycie i odwiedzają cmentarz (o co chodzi nie zdradzę :)) Po drodze muszą poradzić sobie z armią norweską, ale znajdują też sobie sojuszników w formie tamtejszych wikingów. Czy koncert dojdzie do skutku? Przekonajcie się sami.


Sam film może nie jest super genialną produkcją, ale ja uśmiałam się podczas oglądania jak chyba nigdy na żadnym filmie. Oczywiście jest to rodzaj humoru, który nie spodoba się każdemu, ale do mnie trafił. Czasem łączono komizm z tragizmem i wychodziło to całkiem nieźle, poziom groteski momentami szedł wysoko w górę. Chwilami teksty były nieco przesadzone, niektóre mi się nie podobały ze względu na ich odniesienia, ale były może trzy takie kwestie. Całość dla mnie była świetna, co więcej muzyka też była dobra. Może nie słucham aż tak ciężkich kawałków na co dzień, ale w filmie zdało to egzamin. Pojawia się oczywiście motyw miłosny, ale w naprawdę okrojonej formie. Gra aktorska jest specyficzna. Od Lotvonen'a, który wygląda jakby ciągle się doładowywał jakąś energią kosmiczną po Xytrax'a który jest wybitnie statyczny i niepokojąco spokojny, dodatkowo wygląda na wiecznie przerażonego. Produkcja pełna sprzeczności, niespodziewanych zwrotów akcji. Zabawnych i groteskowych sytuacji. 
Całości przyświeca myśl, że każdy ma swojego lwa, którego musi pokonać. Jest też druga filmowa sentencja, ale to zostawię w tajemnicy, dla oglądających film :)

wtorek, 7 kwietnia 2020

28. dzień kwarantanny

Ile dni zamknięcia w domu potrzeba, żeby wrócić na bloga? W moim przypadku 28. Cztery tygodnie. Prawie miesiąc. I wcale nie widać końca. A każdy z tych dni zlewa się z następnym. Przeglądając wpisy z przełomu roku i widząc wiarę w to jaki 2020 rok będzie wspaniały i niepowtarzalny, nie wiedziałam czy się śmiać czy płakać. Choć niepowtarzalny będzie na pewno. Chyba nikt się jednak nie spodziewał, że będzie to taka wyjątkowość. Chyba jednak wolałabym, żeby był to rok taki przeciętny, bez szaleństw. A już na sto procent bez tego co widzimy teraz na każdym kroku. Śmierć. Wróg na każdym kroku, zaufanie społeczne sięga zera. Nie tylko to na ulicy wobec nieznajomych, ale też często wobec rządzących. Nikt tak naprawdę nie wie co się dzieje, jak sobie z tym radzić, kiedy to się skończy i co będzie później. Jaki będzie świat.

"Jaki będzie nasz świat 
I czy w ogóle będzie nasz
I czy w ogóle będzie świat" ~ Happysad "Nadzy na mróz"


Teraz tendencja wyszukiwania pasujących do obecnej sytuacji elementów w piosenkach, serialach, słowach wypowiedzi z przeszłości jest na prawdę duża, ale pewnie to normalne. Żyjemy tym co się dzieje wokół nas. Pokazuje też, jak bardzo wieloznaczne mogą być dzieła artystyczne. Słowa, obrazy, dźwięki. Bez których teraz nie byłoby łatwo. Gdyby nie artyści. Książki, muzyka, filmy i seriale. Teraz to doceniamy. Co zrobilibyśmy bez Internetu? Dostęp do twórczości, rozrywki, wiedzy. Praca zdalna, szkolnictwo (które nieźle daje popalić nawet na odległość). To wszystko teraz nie mogłoby mieć miejsca. Jak zwykle, docenienie przychodzi o krok za późno. Dopiero w sytuacji podbramkowej. Ile dałoby się teraz za wyjście do galerii na zakupy, do kawiarni z przyjaciółką, na spacer po mieście, do kościoła. Podróżować. Chodzić na koncerty. Można wymieniać bez końca. Zaklinam rzeczywistość, że kiedy to się skończy wszyscy to docenimy bardziej. Tylko na jak długo. Jak długo będziemy się cieszyć tym, że możemy spać spokojnie, bez obawy o życie swoje i bliskich. Bez zmartwienia jak poradzi sobie z tym ekonomia, gospodarka. Nasza psychika. Tak bardzo już nadszarpnięta, nawet u tych którzy do tej pory mieli się dobrze. Jeśli jeszcze kryzys nie przyszedł, nie ma się co oszukiwać, będzie gorszy dzień. Pewnie nie jeden. Pozwól sobie na to. A potem dalej. Jeden krok i drugi. Dzień za dniem. Aż to się skończy. 
Staram się znaleźć balans między działaniem, produktywnością a chwilami spokoju i relaksu, którego tak bardzo w obecnej sytuacji potrzebujemy.  Żeby nie wyjść z domu ze świadomością, że był to czas zmarnowany, ale też bez nerwicy. 
Trzymajmy się zdrowo. Psychicznie i fizycznie. Zostańmy w domach, choć jest coraz trudniej. Bądźmy odpowiedzialni. Nie tylko dla siebie, ale i dla innych. Zajmijmy czymś ręce, głowy, myśli. Będzie łatwiej, szybciej minie. Da początek czemuś dobremu.